środa, 3 kwietnia 2013

UCIECZKA



Ucieczka dnia powszedniego składa się zawsze z tych samych etapów: Świadomości zagrożenia. Mobilizacji kończyn do wytężonej pracy. Ucieczki właściwej. Zadyszki. Przerabiał to każdego dnia od nowa.

Najpierw uciekał przed laniem. Trwało to dość długo. Mniej więcej przez pierwszych trzynaście lat żywota jego jedynego. Uciekał, lecz karząca ręka niesprawiedliwości zawsze go dopadała. Raz należała do ojca, ale częściej do matki. Tej dziwnej kobiety o martwym spojrzeniu, która nigdy się nie uśmiechała. Nigdy nie mówiła nic dobrego. Nigdy go nawet nie przytuliła. Potem już zawsze myślał, że ze strony kobiety nie spotka go nic dobrego.
Potem uciekał przed chłopakami. Różnymi: Tomkiem, Grubym, Wrednym Jurkiem. Na początku zawsze go dopadali. Jego ciało krzyczało, potem już nigdy nie byli w stanie go dogonić.
Ucieczki lat późniejszych były z góry skazane na niepowodzenie. Bo nieważne, jak szybko biegł, poruszał nogami, miłość zawsze była szybsza. Nie wiedział, jak to się działo. Gdyby to jeszcze była miłość szczęśliwa, ale gdzie tam. Wszystkie miłości szukały cienia pod kreską wspólnego mianownika: dziwnych kobiet o martwym spojrzeniu, które nigdy się nie uśmiechały…
Tak się zaczęły ucieczki najtrudniejsze. Przed samym sobą. Za każdym razem, gdy znikał sam sobie na horyzoncie, gdy czuł lekkość wyzwolenia od wstrętnego „ja“, następowało bolesne zderzenie. Z samym sobą. Więc znowu uciekał. I tak w kółko, bez nadziei na cień powodzenia.
Uciekał przed sobą, szefem, sąsiadką z dołu, niezapłaconymi rachunkami, pretensjami zawiedzionych rodziców. Uciekał przed nudą, głupim kolegą, natrętnym akwizytorem, odpowiedzialnością za marne życie.
Aż dnia któregoś powszedniego wszystko się zmieniło. Przyśniło mu się, że nie miał nóg. I nie mógł uciekać. Poprosił więc ojca i matkę, żeby go nie bili, bo on nie może im uciec. Poprosił Tomka, Grubego i Wrednego Jurka, żeby dali mu spokój, bo on, bez nóg, im nie ucieknie. Poprosił miłość, żeby była szczęśliwa, bo on, kaleka,  nie zdoła umknąć przed inną. Poprosił siebie, by zostawił go w spokoju, bo on bez tych nóg przed sobą nie ucieknie.
I... wszyscy spełnili jego prośby. Ojciec, Matka, Tomek, Gruby, Wredny Jurek, Miłość i On Sam.

Gdy się obudził, to się uśmiechnął. I przestał wreszcie uciekać.
Błogosławiony sen żywota jego jedynego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz