niedziela, 24 lutego 2013

GENY



Ojciec od zawsze zamykał się przed nim w łazience. Dziadek nigdy nie wkładał krótkich spodni. Choćby upał topił mu skórę na kościach. Stryj nie grał w klasy, a starszy kuzyn, już mu się wąs sypnął w zeszłym roku, nie był skory do biegania. Nigdy.

Był miły, czerwcowy ranek, tramwaj o numerze trzy wjeżdżał właśnie na przystanek, kiedy wpadł pod niego Smarkacz. Lat dziesięć z małym okładem. Tramwaj odciął mu lewą nogę. Na marginesie tylko trzeba zauważyć, a to już nieco później wyszło na jaw, że to zdarzenie należało rozpatrywać w kategoriach błogosławieństwa. Albowiem  od tamej pory Smarkacz przestał być tak chronicznie nudny, jakby cała bezbarwność jego charakteru właśnie w tej kończynie miała swoje kłębiwisko i toczyła resztę jego osoby gangreną nijakości. Ale nie czas i miejsce.
Więc tramwaj, odcięta noga i łzy smarkacza – taka scena rozgrywała się na po-rannym przystanku. Największa żałość Smarkacza wypłynęła nosem w postaci nieznośnego gluta. I walcząc z nim bezskutecznie, zamiast czekać na ambulans i proszki przeciwbólowe, które pojazd miał na stanie, wziął Smarkacz ów giczoł nieszczęsny, odcięty trochę poniżej kolana, i poszedł do domu. Właściwie to skakał całą drogę, znacząc ją dość obficie krwią. Z boku to mi trochę przypominało jakby grę w podchody, wersja dla zaawansowanych. Amatorzy znaczą swoją drogę kredą.
Wreszcie dotarł na pierwsze piętro, pod trójkę. W drzwiach powitała go znajoma fizis matki. Brzydka i wiecznie zmartwiona kobieta.  Ją z kolei powitał widok zgoła spodziewany, jak potem relacjonowała sąsiadce: rodzony Smarkacz trzymający w objęciach giczoł odcięty. Nieciekawa rana, niezbyt równe, poszarpane brzegi. Ogólnie mało ciekawy widok po śniadaniu, a jeszcze przed kawą. 
Marsz mi do łazienki, ogarnij się, a potem weź szmatę i posprzątaj tę juhę z korytarza! Dopiero skończyłam pastowanie! I poczłapała z powrotem do kuchni. Nozdrza Smarkacza rozepchał zapach rozgotowanej kapusty. No tak, dziś czwartek.

Późnym popołudniem matka o brzydkiej i zmartwionej twarzy otworzyła szafę, która do tej pory zawsze  była zamykana przed nim na klucz. W środku wisiało kilka plastikowych protez. Same lewe. Różnej wielkości. W rodzinie musiały być od pokoleń. Wybierz sobie którąś i naucz się z nią żyć. Jak ojciec, dziadek i reszta tych nieszczęsnych mężczyzn w rodzinie. I niech ci żona w przyszłości rodzi córki. Bo genów się nie oszuka.
Kapusta smakowała jak co czwartek, mdło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz