środa, 27 lutego 2013

WIELKI PIES


Wielki Pies wszedł do domu kuchennymi drzwiami. Kot oknem, a Mysz, jak to mysz, bezczelnie, z wytrzeszczem białych zębów frontowymi drzwiami. Niezwykła była to Mysz. Nosiła melonik i laskę z rzeźbioną główką. Laska była stara, jeszcze z ubiegłego stulecia. Przywieziono ją z Afryki, a może z Indii? Gdzieś tam, w tych odległych, zamorskich krajach byli tacy ekscentryczni rzemieślnicy, którzy wyrabiali laski z rzeźbionymi główkami dla chromych myszy. Główki były zawsze z najszlachetniejszych materiałów. Ta: z kości słoniowej. Dłuto w rękach wprawnego mistrza rzemiosła zamieniło ją w małpi pyszczek. Z wytrzeszczem białych zębów. Dzięki temu laska ciągle szczerzyła się do swojego mysiego właściciela. Taki pozytywny dialog mięśni twarzoczaszki między posiadaczem a posiadanym. By zatrzeć granice feudalne…
Ale ta Mysz nie była chroma. Uważała po prostu, że melonik i laska przystoi tak dobrze urodzonej myszy. Nie była bowiem z tych biednych myszy kościelnych czy z tych, co to siedzą całe życie pod miedzą. To była Mysz dobrze urodzona. W jej mysich żyłkach żeglowały błękitne żaglowce szlachectwa mysiego.
Ale. Wracając do Wielkiego Psa. Któż wie, skąd pochodził? I jak to się stało, że tego dnia postanowił przekroczyć próg kuchennych drzwi i w ten oto nieoficjalny, acz skuteczny sposób, stać się jednym z nas? Gdyby istniał Bóg na Niebie, pewnie tylko On znałby odpowiedź na to pytanie. Więc? Sprawa jest prosta, więc Boga w nią nie mieszajmy. Wielki Pies po prostu przyszedł, bo na kuchni stał udziec cielęcy, pachnący niemiłosiernie przyjemnie dla psich nozdrzy. I tyle. Kot się pojawił wraz ze swym nieodłącznym kocim chodem, bo zapachniało mu bigosem, a Mysz, bo była dziwna. Arystokracja ma do tego odwieczne prawo niezaprzeczalne. A już mysia tym bardziej. Która mysz nosi w końcu melonik i laskę, do diaska?
Powiem tylko tyle: widok tego dziwacznego tria nie zrobił na mnie większego wrażenia. Bo tydzień temu w holu spotkałam Pingwina, i to cesarskiego, w łazience Aligatora z rodziną, a w piwnicy Kuropatwę. A jeszcze wcześniej, po powrocie z pracy, odkryłam Pawiana w łóżku, Gorylątko w garderobie i cztery Homary pod prysznicem. Takie wizyty po prostu przestały mnie dziwić. Takie wizyty to chleb powszedni w mym codziennym jadłospisie spotkań. Bo zwyczajność zwyczajnie omija moje skromne progi. 
Domu oraz Wyobraźni. 

niedziela, 24 lutego 2013

GENY



Ojciec od zawsze zamykał się przed nim w łazience. Dziadek nigdy nie wkładał krótkich spodni. Choćby upał topił mu skórę na kościach. Stryj nie grał w klasy, a starszy kuzyn, już mu się wąs sypnął w zeszłym roku, nie był skory do biegania. Nigdy.

Był miły, czerwcowy ranek, tramwaj o numerze trzy wjeżdżał właśnie na przystanek, kiedy wpadł pod niego Smarkacz. Lat dziesięć z małym okładem. Tramwaj odciął mu lewą nogę. Na marginesie tylko trzeba zauważyć, a to już nieco później wyszło na jaw, że to zdarzenie należało rozpatrywać w kategoriach błogosławieństwa. Albowiem  od tamej pory Smarkacz przestał być tak chronicznie nudny, jakby cała bezbarwność jego charakteru właśnie w tej kończynie miała swoje kłębiwisko i toczyła resztę jego osoby gangreną nijakości. Ale nie czas i miejsce.
Więc tramwaj, odcięta noga i łzy smarkacza – taka scena rozgrywała się na po-rannym przystanku. Największa żałość Smarkacza wypłynęła nosem w postaci nieznośnego gluta. I walcząc z nim bezskutecznie, zamiast czekać na ambulans i proszki przeciwbólowe, które pojazd miał na stanie, wziął Smarkacz ów giczoł nieszczęsny, odcięty trochę poniżej kolana, i poszedł do domu. Właściwie to skakał całą drogę, znacząc ją dość obficie krwią. Z boku to mi trochę przypominało jakby grę w podchody, wersja dla zaawansowanych. Amatorzy znaczą swoją drogę kredą.
Wreszcie dotarł na pierwsze piętro, pod trójkę. W drzwiach powitała go znajoma fizis matki. Brzydka i wiecznie zmartwiona kobieta.  Ją z kolei powitał widok zgoła spodziewany, jak potem relacjonowała sąsiadce: rodzony Smarkacz trzymający w objęciach giczoł odcięty. Nieciekawa rana, niezbyt równe, poszarpane brzegi. Ogólnie mało ciekawy widok po śniadaniu, a jeszcze przed kawą. 
Marsz mi do łazienki, ogarnij się, a potem weź szmatę i posprzątaj tę juhę z korytarza! Dopiero skończyłam pastowanie! I poczłapała z powrotem do kuchni. Nozdrza Smarkacza rozepchał zapach rozgotowanej kapusty. No tak, dziś czwartek.

Późnym popołudniem matka o brzydkiej i zmartwionej twarzy otworzyła szafę, która do tej pory zawsze  była zamykana przed nim na klucz. W środku wisiało kilka plastikowych protez. Same lewe. Różnej wielkości. W rodzinie musiały być od pokoleń. Wybierz sobie którąś i naucz się z nią żyć. Jak ojciec, dziadek i reszta tych nieszczęsnych mężczyzn w rodzinie. I niech ci żona w przyszłości rodzi córki. Bo genów się nie oszuka.
Kapusta smakowała jak co czwartek, mdło.